Miłosierdzie Boże

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Miłosierdzie Boże
Witraż w Sanktuarium M.B. Zawierzenia w Tarnowcu. Fot. MC

Czas wielkanocy to czas zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią, czas wielkiego miłosierdzia Boga względem człowieka, czas łaski przemieniający trudności w nadzieję…. By o tym przypominać człowiekowi każdego dnia, Bóg zażądał – psługując się prostą zakonnicą drugiego chóru – s.Faustyną, by zostało ustanowione Święto Miłosierdzia, odmawiana Koronka do Bożego Miłosierdzia i został namalowany obraz z podpisem „Jezu ufam Tobie”.

OBRAZ JEZUSA MIŁOSIERNEGO

Historia powstania obrazu

W swym Dzienniczku s. Faustyna zapisała: Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie /Dz.47/.

Zadanie wymalowania obrazu wyznaczone przez Jezusa było po ludzku niewykonalne, ponieważ Faustyna nie posiadała podstawowych umiejętności plastycznych. Gdy zwróciła się z problemem do swego ówczesnego spowiednika, ten próbował ją uspokoić i nakazał malować obraz Boga w duszy. Nie o takie jednak malowanie Jezusowi chodziło, powiedział bowiem wprost: Mój obraz w duszy twojej jest. Ja pragnę, aby było Miłosierdzia Święto, chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być Świętem Miłosierdzia /Dz.49/. Miał to być zatem prawdziwy obraz wymalowany pędzlem. Ponaglana słowami Chrystusa s. Faustyna przedstawiła tę sprawę swej przełożonej. Otrzymała pędzel, farby i zgodę na malowanie obrazu. Nie umiejąc malować, zaczęła szukać pomocy u współsióstr. Nie potrafiła jednak opowiedzieć treści obrazu, plan więc spalił na panewce. Po trwających prawie trzy lata zmaganiach wewnętrznych i przynagleniach, przyszła święta otrzymała wreszcie upragnionego i wymodlonego spowiednika, powiernika i wykonawcę dzieła – księdza Michała Sopoćkę, profesora teologii pastoralnej, spowiednika zwyczajnego Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Wilnie.

Początkowo obraz Bożego Miłosierdzia miała malować utalentowana artystka, autorka dwóch znakomitych kopi wizerunku Matki Bożej Ostrobramskiej, bernardynka z klasztoru wileńskiego, gdzie posługiwał ks. Sopoćko – s. Franciszka Wierzbicka. Problem polegał jednak na tym, że nie chciała być ona w pełni posłuszna sugestiom ks. Sopoćki co do szczegółów np. wysokości uniesienia błogosławiącej dłoni, układowi stóp itd. Dlatego też, starając się wiernie wypełnić wizję s. Faustyny, ks. Sopoćko, wiedziony bardziej ciekawością niż wiarą w prawdziwość objawień, zwrócił się z zamówieniem do Eugeniusza Kazimirowskiego, mieszkającego w tym samym domu co on, malarza znanego, cenionego i gruntownie wykształconego (ukończył studia w Krakowie pod kierunkiem Cynka, Jabłońskiego, Łuszczakiewicza, praktykował u Axentowicza), specjalizującego się głównie w malarstwie portretowym (pozował mu nawet sam Piłsudski). Malowanie „pod dyktando” oznaczało dla niego rezygnację z własnej artystycznej woli na rzecz rzetelnego przekazu tego, co relacjonowała s. Faustyna. Zadanie było o tyle trudne, że należało sporządzić obraz, którego autorem jest sam Bóg.

Przez prawie siedem miesięcy (styczeń-lipiec 1934 roku) s. Faustyna przychodziła do pracowni Kazimirowskiego ze swego domku, z dzielnicy Antokol regularnie raz, czasami dwa razy w tygodniu, by kierować pędzlem artysty. Z Antokolu na Rossę jest spory kawałek drogi (ok. 6 km), ale nie odległość i czas stanowiły dla Faustyny problem, najważniejszą sprawą było spełnić wolę Jezusa. By pomóc malarzowi jak najwierniej odwzorować postać Jezusa na płótnie, w końcowej fazie pracy sam ks. Sopoćko kilkakrotnie pozował przebrany w albę. Pomoc dotyczyła postawy nóg, głowy, układu szaty czy kierunku spojrzenia. Dla wszystkich czas malowania obrazu był okresem wnikliwego odczytywania jego treści. A niezrozumiałe treści rozstrzygał sam Jezus podczas kolejnych objawień (np. znaczenia promieni, ich koloru, spojrzenia czy napisu pod obrazem). Mimo wielu trudów i staranności wykonania s. Faustyna nie była zadowolona z efektu pracy malarza. Postać Chrystusa nie jawiła jej się tak piękna jak w widzeniu. Z tego powodu płakała i skarżyła się Bogu na modlitwie: Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś? Usłyszała wówczas znamienne słowa:Nie w piękności farby, ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej /Dz 313/.

Gdy obraz został ukończony, ks. Sopoćko z własnych funduszy pokrył honorarium Kazimirowskiemu i malowidło wziął do swego mieszkania. Wizerunek Bożego Miłosierdzia będący od tego czasu formalnie własnością ks. Sopoćki jesienią 1934 roku został zawieszony za zakonną klauzurą w ciemnym korytarzu klasztoru bernardynek przy kościele św. Michała. Zanim obraz został wystawiony do publicznej czci s. Faustyna wspomina w swym Dzienniczku o kilku wizjach z nim związanych, z których jedna dotyczyła nakazu, by malowidło to stało się przedmiotem czci i kultu publicznego. Naciskała na ks. Sopoćkę, by wypełnił polecenie Jezusa i umieścił obraz w Ostrej Bramie na zakończenie obchodów Jubileuszu 1900-lecia Odkupienia, podczas specjalnego triduum. Początkowo pomysł ten wydawał się niedorzeczny i niemożliwy do realizacji, Ostra Brama bowiem od zawsze była wielką świętością Wilna i umieszczenie w niej innego obrazu byłoby rzeczą co najmniej niestosowną. Tak się jednak złożyło, że proboszcz ostrobramski – ks. Zawadzki poprosił ks. Sopoćkę o wygłoszenie kazania podczas wspomnianego triduum. Ten przyjął zaproszenie, stawiając warunek, by obraz Bożego Miłosierdzia został umieszczony w Ostrej Bramie jako element dekoracji (dokładnie w galerii ostrobramskiej). Czas triduum przypadał na koniec pierwszego tygodnia po Wielkanocy. Tym samym spełniło się kolejne pragnienie Jezusa, by obraz ten był szczególnie uczczony w drugą niedzielę wielkanocną. W obchodach triduum uczestniczyła także s. Faustyna. Kiedy obraz został zawieszony, ujrzała ona Jezusa, który ręką nakreślił duży znak krzyża. W nocy widziała dodatkowo, jak obraz „idzie” ponad Wilnem pokrytym siatką i sieciami. Jezus przechodził i przecinał wszystkie sieci, błogosławiąc miasto i jego mieszkańców. Korzystając z okazji ks. Sopoćko wygłosił kazanie, nawiązując do obrazu pędzla Kazimirowskiego, wskazując że Miłosierdzie Boże domaga się czci publicznej. Podczas rozważania tego przymiotu Boga obraz ten przybrał żywą postać i promienie te przenikały do serc ludzi zgromadzonych, jednak nie w równej mierze; jedni otrzymywali więcej, drudzy mniej /Dz 417/. Po zakończonych uroczystościach obraz na długie lata zawisł ponownie w ciemnym korytarzu przy kościele św. Michała.

Lata II wojny światowej to czas burzliwej historii obrazu. Przenoszony z miejsca na miejsce. Nieustannie ukrywany doznaje uszkodzeń. Zamiast być wystawiany do publicznej czci leży zwinięty w rulon za stropową belką w prywatnym mieszkaniu . Nic jednak nie może zatrzymać dzieła Bożego! Kult rozprzestrzenia się z wielką siłą nie tylko w Wilnie, ale przekracza granice państw. Masowo wykonywane fotografie obrazu w różnych formatach rozprowadzane są w hurtowych wręcz ilościach. Ten niesamowity rozwój kultu zmusza abp. Jałbrzykowskiego do ponownego zajęcia się sprawą obrazu Miłosierdzia Bożego.

Łagiewnicki czy wileński?

Gdy kult Miłosierdzia Bożego rozprzestrzeniał się, obraz Kazimirowskiego pozostawał z drugiej strony granicy kraju i niedostępne były jego fotografie. Tworzono więc inne obrazy inspirowane mistyczną wizją św. Faustyny, których autorami byli m.in. S. Batowski, L. Ślendziński, J. Styka, S. Kaczor-Batowski, I. Delekta-Wicińska, P. Moskal. Jednak najbardziej znanym jest ten autorstwa Adolfa Hyły. Powstał z inspiracji s. Ireny Krzyżanowskiej (przełożonej domu zakonnego Sióstr Miłosierdzia Bożego w Krakowie) i stanowi wotum wdzięczności malarza za ocalenie podczas wojny. Ks. Sopoćko od początku bardzo sceptycznie odnosił się do krakowskiego wizerunku i poddawał go ostrej krytyce, uważając go za nieliturgiczny. Obraz Hyły przestawia Jezusa jako „Boskiego lekarza” idącego przez świat, by leczyć zbolałą ludzkość i obdarzać ją swym miłosierdziem. Początkowo tło tego obrazu stanowił podbeskidzki pejzaż, jednak po licznych interwencjach ks. Sopoćki został on zamalowany. Inne są na nim układy dłoni, promieni czy spojrzenie. Tak się jednak złożyło, że to właśnie ten obraz jest dziś najbardziej rozpoznawalny i kojarzony z kultem Bożego Miłosierdzia. Dlaczego? Nie wiem, nie umiem podać jasnej, rzeczowej odpowiedzi. Widocznie nie w piękności farby, ani pędzla jest wielkość tego obrazu /Dz 313/ . Moc jego tkwi w modlitwie. Bo to na niej człowiek „uczy się” się Boga i ufności ku Niemu. Wzbogaca się, napełnia, by potem móc darować siebie Ojcu i drugiemu człowiekowi. Przez nią też uczy się, by gest brania stawał się gestem dawania. To ona łączy z Bogiem i pozwala się Nim zafascynować, wpierw, zanim pojawią się słowa i chęć naśladowania…

Przed każdym z wizerunków „Jezu ufam Tobie” rozbrzmiewają nieustannie słowa: miej miłosierdzie dla nas i całego świata. Tak, miłosierdzie to największy przymiot Boga urzeczywistniony najpełniej w dziele odkupienia człowieka. To również wezwanie dla człowieka wierzącego bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny /Łk 6,36/. Ale by rozumieć miłosierdzie trzeba nim żyć i je czynić poprzez słowo, czyn, modlitwę, ofiarę. Bo nie jest ono, jak wielu powszechnie rozumie tylko współczuciem czy przebaczeniem. Jest czymś więcej. „To miłość cierpliwa, łaskawa, współczująca, dźwigająca człowieka z jego słabościami ku nieskończonym wyżynom świętości Boga” /Jan Paweł II. 1997r. Kraków/. W praktykowaniu miłosierdzia nigdy nie chodzi o ilość, ale o jakość! Akty miłosierdzia muszą wypływać z serca przemienionego, otwartego, delikatnego, współczującego, ofiarnego, z serca które doświadczyło obdarowania miłością Boga, które czyni dobro innym ze względu na samego Chrystusa. Praktykowanie miłosierdzia wymaga wpierw poznania, doświadczenia miłości Boga, nawrócenia, uznania swej grzeszności, małości i otwarcia się na Boga, Jego łaskę i moc przemiany. Miarą owego otwarcia jest miłość, której nieodłącznym efektem jest ufność. Bez ufności wszelkie modlitwy i czyny są tylko zwykłą pobożnością i nie sięgają celu.

Często wpatruję się w obraz i w jego blado-czerwone promienie wypływające z serca Jezusa. Obraz ten różni się od wszystkiego, co widziałam. Modlitwa przed nim jest inna, niż np. przed ikoną. Tu jest miejsce na dialog o wiele bardziej intensywny. Gdy ktoś ma potrzebą pomodlić się przed ikoną, idzie, klęka i już wie, że ktoś namalował jego modlitwę. Ikona bowiem przedstawia, „uobecnia” Boga. To jakby okno na świat. Są w niej oczy Chrystusa, Matki Bożej i świętych. Oczy, które patrzą na grzesznika miłosiernie, pokrzepiająco, wzmacniająco. Inaczej wygląda modlitwa przed malowidłem Jezusa Miłosiernego. Oczy nie są w centrum tego obrazu. W centrum jest serce, promienie i napis „Jezu ufam Tobie”. Chrystus ubrany jest tu w białą szatę. A więc nie jest to Chrystus cierpiący, tak jak Go widzimy najczęściej w wizerunku krzyża, ale jest przemieniony, chwalebny. Jego twarz jest pogodna, spokojna, emanująca zwycięstwem. Oczy ciała widzą obraz namalowany przez malarza posiadającego bezsprzecznie zmysł artystyczny, ale to oczy duszy każą wpatrywać się uparcie i odczytywać treść.

Na obrazie dominują dwa promienie. Dotykają one każdego, kto się pod nim znajduje, kto wypowiada słowa „Jezu ufam Tobie”, kto modląc się uczy się ufności Bogu. Promień w kolorze bladym symbolizuje wodę i jest strumieniem oczyszczenia (sakrament chrztu św. i pojednania). Czerwony zaś symbolizuje strumień ożywienia (eucharystia). Promienie wychodzą z uchylenia szaty na piersiach, z głębi serca zmartwychwstałego Jezusa. Serce to zostało przebite włócznią na krzyżu: żołnierz przebił Mu bok i natychmiast wylały się krew i woda /por. J 19,34/. Przebicie serca ujawniło pełnię miłości Boga do człowieka! Nie przypadkowo piszę: ujawniło, bowiem pełnia była we wnętrzu Boga dużo wcześniej, była od zawsze. Bóg nosił od początku ranę miłości. Wcielenie Jezusa i wyzwolenie człowieka, uzdolnienie go do nowego autentycznego życia, tylko ją odsłoniło. Cios żołnierza tylko to ujawnił, pokazał. Blado-czerwone promienie wychodzące z Jezusowego serca ogarniają cały świat, rozścielają się na wszystkie zakątki i każdego człowieka. Jeśli tylko człowiek pozwoli się im dotknąć, zaczyna widzieć inaczej, widzieć po Bożemu. Każdy, kto wpatruje się w źródło tych promieni, w centrum blasku, w serce Boga, zaczyna dostrzegać też ciemności, w których przebywa: grzech, zło, zepsucie, zagubienie, samotność, bierność, małość, smutek, cierpienie… Właśnie to wszystko symbolizuje na tym obrazie kolor tła – czerń. Uzmysłowienie sobie własnej małości, przeciętności wstrząsa i musi rodzić reakcję. I wówczas albo się człowiek przestrasza i zamyka w sobie, niczym po doświadczeniu Golgoty apostołowie w Wieczerniku, albo przybliża się do Chrystusa i pozwala, by Bóg przemieniał go, uzdalniał swą łaską do bycia, pokonywania i wzrastania. Przechodzi się z ciemności do światła. Ze śmierci do życia. Każdego, kto pozwala się Bogu dotknąć, Chrystus swą wzniesioną dłonią błogosławi i posyła w świat. Patrzę intensywnie w oczy Jezusa. Jest w nich spojrzenie z krzyża, spojrzenie łagodne, spokojne, pełne nadziei, świadome odniesionego zwycięstwa. I choć nie widzę dokładnie źrenic, wiem, że jest to spojrzenie miłosierne.

Obraz jako narzędzie

Mówiąc w tym miejscu o miłosierdziu pragnę wyraźnie dodać, że obraz „Jezu ufam Tobie” nie ma mocy sam w sobie. Jest tylko narzędziem! On otwiera człowieka na ufność, sprawia to, że Bóg może przelać do serca człowieka bogactwo swoich darów i łask. Obraz jest potrzebny, by pomóc nawiązać osobowy kontakt z Chrystusem, by móc wypracować i ugruntować w sobie postawę ufności. Obraz jest znakiem tego, co Bóg mówił o sobie na kartach Pisma, co Jezus przekazywał s. Faustynie, jest tylko przypomnieniem…

Podobne wpisy